Blog > Komentarze do wpisu

RYCHŁO W CZAS...

Mam wrodzoną alergię na wszelkie poradniki i moralizatorstwo mądrych głów. Może dlatego, że sama w dzieciństwie wpychana byłam w ramy grzecznejdziewczynki, a natura  - niestety - ciągnie wilka do lasu. Zawsze szukałam swojego miejsca, słuchałam innej niż wszyscy muzyki, czytałam niepopularne książki (ba! w ogóle czytałam!), nosiłam eleganckie sukienki i skrojone na miarę żakiety, kiedy inni nosili sie w stylu grunge czy skejt. I zawsze lubiłam iść pod prąd. Choć nie zawsze dawałam temu jednoznaczny wyraz, w mojej głowie kłębiły się myśli, których nie powstydziłby się i sam Bakunin. Często dobrze na tym wychodziłam, miałam  swoje własne zdanie, ale i nierzadko zdarzało się, że - w myśl starego powiedzenia - na złość mamie, odmrażałam sobie uszy.

Ale do meritum. Od kilku tygodni COŚ się w naszym rodzinnym życiu zmieniło. To COŚ, to zwyczaj spania naszych dzieci. A w zasadzie nas - rodziców i naszych dzieci. Dotychczas wyglądało to tak: ja zasypiałam z mężem, w nocy wstawałam do Kalafiora, by go nakarmić, w międzyczasie przychodziła do nas Młoda - że niby tylko się przytulić - a w związku z tym, ja szłam do niej do pokoju, bo wróciwszy z nocnego karmienia, nie znalazłam juz dla siebie miejsca na łóżku 2,20 x 2,20 m. Ale ale - żeby nie było. Te nocne wędrówki miały miejsce już wówczas, gdy Kalafior inkubował się jeszcze  w moim brzuchu, a zatem wisiało nade mną widmo spania we wspólnym łóżku we czwórkę (czasem nawet w piatkę - jak kotka zatęskniła za ludzkim towarzystwem) także i po porodzie. A zatem, ogarnięta wszechmocną potrzebą zmiany tychże złych (w moim mniemaniu) nawyków, postanowaiłam zastosować wobec Syna tak zwany zimny wychów, twardą rękę itede. Od początku, czyli od pierwszego dnia, kiedy wróciliśmy ze szpitala, spał w swoim łóżeczku. Sam. Sam spał też w swoim pokoju - ku zdziwieniu jednych, oburzeniu drugich i przy cichym współczuciu dla samotnego, poztstawionego samemu sobie, dziecka - innych. Ale od czasu, kiedy miesiąc temu zachorował i ze względu na dość męczący katar spał razem ze mną (tzn ja spałam z nim na sofce - w jego pokoju), jakoś tak... przylgnęliśmy do siebie... I nie - to nie objaw mojej słabej woli czy niekonsekwencji. Może trochę. Wydaje mi się, że oboje to lubimy... Nie wspominając o tym, że się bardziej wysypiam. Poczułam, że to ciepło, które daje maleńkie ciałko obok jest radością nie do opisania. I kiedy te małe - wielkie oczy rano się budzą i patrzą na moją zaspaną twarz - choćby była 5 rano - to życie jest piękniejsze! I mam pewnego rodzaju żal do siebie, że może powinnam była wcześniej być tak blisko Niego. Że ani ja, ani on nic byśmy na tym nie stracili...

A na poparcie mojej teorii mam słowa pedagoga (bo nie lubię słowa pedagożki), mamy trójki dzieci, wspaniałej, ciepłej osoby - tutaj.

A na zakończenie - piosenka, która kojarzy mi się zarówno z błogim zasypianiem, jak i z miłością i czułością, któą potrzebuje każdy z nas...Ten mały szkrab, którego rok temu wydałam na świat - przede wszystkim!

poniedziałek, 03 marca 2014, countrygirl

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: she mother, *.opera-mini.net
2014/03/06 13:08:01
Pamiętam te pobudki o 5 czy 6 rano kiedy miałam tylko jedno dziecko. Alez byłam zła na siebie ze nie polozyłam sie wczesniej tak jak sobie co dzien obiecuję. Ale nauczyłam sie już chyba mało spać, a moze organizm się do tego przyzwyczaił. A może już mi to po prostu wisi;p teraz kiedy drugi syn zaczyna spiewac o 5 otwieram oczy, wstaje i idę do niego. To tylko sen, moze wyspię się później, ale warto wstac właśnie zeby zobaczyc w te świeżo obudzone oczka:)