RSS
środa, 06 sierpnia 2014

Zastanawiam się, kiedy te moje dzieci tak urosły... Niby widzę je codziennie.... Niby jestem z nimi tak naprawdę, rozmawiam, przytulam, śpiewam, czytam, buduję z klocków, głaszczę i całuję na dobranoc...  Ale wciąż mnie zastanawia, jak to się dzieje, że pewnego dnia patrzę na NIĄ i widzę dużą, mądrą dziewczynkę, taką poważną. Że patrzę na NIEGO i widzę samodzielnego chłopca, który wkłada sobie kawałki arbuza nieporadnie posługując się zbyt dużym widelcem...

I zastanawiam się, jakie mam prawo ingerować w ich życie... Jest takie powiedzenie, że dziecko należy wychowywać do trzeciego roku życia, a potem - nie przeszkadzać. W myśl zasady: "Nie ucz drzewa jak ma rosnąć. Daj mu słońce, wodę, ziemię i powietrze. I tak samo postępuj z dzieckiem.  Daj mu warunki - inspiruj, pokazuj mu książki, baw się z nim. Postaw granice - ale tylko granice bezpieczeństwa."

Znajduję w sobie coraz więcej cech matki-kwoki. Tej matki, którą nigdy nie chciałam być. Tej matki, z której zawsze cichcem się podśmiewałam. Tej matki, która klaruje:

"Załóż czapkę."

"Umyj zęby."

"Zdejmij buty."

Staram się ją stłumić w zarodku.

Jeszcze wczoraj nie mogła zasnąć bez bajki, którą JEJ czytałam co wieczór, a teraz leżymy razem na kanapie - ona na brzuchu, z nogami fikającymi w pozie foczki, ja - ze zgarbionymi plecami i ugiętymi w kolanach nogami - i obie czytamy swoje lektury...

Jeszcze wczoraj tańczyłam z NIM na rękach walce, "szurając podwiniętą podeszwą", a dziś patrzę z uśmiechem i niedowierzaniem na małego Narcyza, który stoi przez dziewczęcą różową toaletką, przegląda się w lusterku. A kiedy rzeczona toaletka zaczyna grać melodyjkę, mały Narcyz zaczyna kręcić się dookoła siebie, niczym mała balerina...Albo nagle kładzie się na dywanie i jeżdżąc resorówką powtarza milion razy "ijo ijo ijo"...

I patrzę tak na nich, najczęściej z ukrycia... Staram się nie mówić im, jak mają rosnąć... Niech wyciągają gałęzie jak najwyżej, jak najdalej...

poniedziałek, 03 marca 2014

Mam wrodzoną alergię na wszelkie poradniki i moralizatorstwo mądrych głów. Może dlatego, że sama w dzieciństwie wpychana byłam w ramy grzecznejdziewczynki, a natura  - niestety - ciągnie wilka do lasu. Zawsze szukałam swojego miejsca, słuchałam innej niż wszyscy muzyki, czytałam niepopularne książki (ba! w ogóle czytałam!), nosiłam eleganckie sukienki i skrojone na miarę żakiety, kiedy inni nosili sie w stylu grunge czy skejt. I zawsze lubiłam iść pod prąd. Choć nie zawsze dawałam temu jednoznaczny wyraz, w mojej głowie kłębiły się myśli, których nie powstydziłby się i sam Bakunin. Często dobrze na tym wychodziłam, miałam  swoje własne zdanie, ale i nierzadko zdarzało się, że - w myśl starego powiedzenia - na złość mamie, odmrażałam sobie uszy.

Ale do meritum. Od kilku tygodni COŚ się w naszym rodzinnym życiu zmieniło. To COŚ, to zwyczaj spania naszych dzieci. A w zasadzie nas - rodziców i naszych dzieci. Dotychczas wyglądało to tak: ja zasypiałam z mężem, w nocy wstawałam do Kalafiora, by go nakarmić, w międzyczasie przychodziła do nas Młoda - że niby tylko się przytulić - a w związku z tym, ja szłam do niej do pokoju, bo wróciwszy z nocnego karmienia, nie znalazłam juz dla siebie miejsca na łóżku 2,20 x 2,20 m. Ale ale - żeby nie było. Te nocne wędrówki miały miejsce już wówczas, gdy Kalafior inkubował się jeszcze  w moim brzuchu, a zatem wisiało nade mną widmo spania we wspólnym łóżku we czwórkę (czasem nawet w piatkę - jak kotka zatęskniła za ludzkim towarzystwem) także i po porodzie. A zatem, ogarnięta wszechmocną potrzebą zmiany tychże złych (w moim mniemaniu) nawyków, postanowaiłam zastosować wobec Syna tak zwany zimny wychów, twardą rękę itede. Od początku, czyli od pierwszego dnia, kiedy wróciliśmy ze szpitala, spał w swoim łóżeczku. Sam. Sam spał też w swoim pokoju - ku zdziwieniu jednych, oburzeniu drugich i przy cichym współczuciu dla samotnego, poztstawionego samemu sobie, dziecka - innych. Ale od czasu, kiedy miesiąc temu zachorował i ze względu na dość męczący katar spał razem ze mną (tzn ja spałam z nim na sofce - w jego pokoju), jakoś tak... przylgnęliśmy do siebie... I nie - to nie objaw mojej słabej woli czy niekonsekwencji. Może trochę. Wydaje mi się, że oboje to lubimy... Nie wspominając o tym, że się bardziej wysypiam. Poczułam, że to ciepło, które daje maleńkie ciałko obok jest radością nie do opisania. I kiedy te małe - wielkie oczy rano się budzą i patrzą na moją zaspaną twarz - choćby była 5 rano - to życie jest piękniejsze! I mam pewnego rodzaju żal do siebie, że może powinnam była wcześniej być tak blisko Niego. Że ani ja, ani on nic byśmy na tym nie stracili...

A na poparcie mojej teorii mam słowa pedagoga (bo nie lubię słowa pedagożki), mamy trójki dzieci, wspaniałej, ciepłej osoby - tutaj.

A na zakończenie - piosenka, która kojarzy mi się zarówno z błogim zasypianiem, jak i z miłością i czułością, któą potrzebuje każdy z nas...Ten mały szkrab, którego rok temu wydałam na świat - przede wszystkim!

czwartek, 20 lutego 2014

Kim jestę? Jestę ideałem! Tak właśnie zostałam nazwana i to przez kogo! Przez samego Pana Profesora - jak nazywam Naczelnego Fizjoterapeutę Dziecięcego RP - Pawła Zawitkowskiego! Wymienialiśmy się ostatnio pomysłami na temat zabaw z dziećmi, różnych przebieranek itede i...oto ukoronowanie tej korespondencji:

Zawodowo i prywatnie znamy się z Pawłem już od kilku lat i muszę przyznać, ze za każdym razem jest to przemiłe spotkanie. pełne zarówno śmiechu, jak i merytorycznej wiedzy. Jestem pod wrażeniem jego umiejętności zaklinania dzieci, bawi mnie jego poczucie humoru i - jak każdą chyba kobietę - rozbraja jego widok z błogo śpiącym noworodkiem na ramieniu ;-)

Pawła Zawitkowskiego cenię także za jeszcze jedną rzecz. Za to, że jest ambasadorem akcji Cała Polska Czyta Dzieciom. I choć wiele się w tej kwestii zmieniło od czasu naszego dzieciństwa i do czytania dzieciom współczesnych (a może powinnam raczej napisać nowoczesnych) rodziców namawiać nie trzeba, to jednak statystyki pokazują, że w wielu domach wciąż jedyną książką jest... książka gwarancyjna do telewizora. A zatem czytajmy naszym maluchom już od urodzenia! Choćby to miały być szpalty z dzienników!

 

 

wtorek, 18 lutego 2014

Syna rodziłam zimą ...I mniej więcej rok temu właśnie za oknem była regularna zima. Mroźno, przyjemnie, rześko, słonecznie...I ze śniegiem dookoła. A od kilku dni za oknem jest wiosna, a wraz z wiosną - przyszedł pierwszy powiew młodzieńczego szaleństwa w mojej głowie. Chyba Dzieciaki też to czują. Młoda zasypia około godziny 22, puszczając wcześniej lawinę fochów i dąsów, że jak to tak, iść spać! Kalafior z kolei zanim padnie na łóżko, obejdzie na czworka cały swój pokój dookoła, zrobi przegląd wszystkich półek i szuflad w sypialni, powyciąga z kontaktów wszystkie kable, wypije ze dwie butelki mleka, pogra wszystkimi grającymi i chodzącymi zabawkami, a i tak obudzi się około 3 w nocy - szczęśliwy, wyspany i skory do dalszych zabaw.

Ja więc piję kawę za kawą. Gdyby paliła, to pewnie odpalałabym jednego papierosa od drugiego. Chodzę na rzęsach i czuję coraz większe skurcze w łydkach, coraz częstsze drgania powieki i ... coraz większą radość i chęć do życia. Mimo wszystko! Promienie słońca, budzące mnie z samego rana, głaszcząc policzki, wprawiają mnie w błogi, wiosenny nastrój. Mi też się nie chce spać. Zajęć więcej, a doba jakby mi sprzeyjała i rozciągała się niczym z gumy.

I w związku z tą wiosenną aurą za oknem, przypomniały mi się wszystkie moje młodzieńcze wiosenne szaleństwa.... Wszystkie chwile spędzone na podwórku, z przyjaciółmi, na trzepaku pod blokiem... I wszystkie daaaawne miłości, te zapomniane bardziej i mniej...

środa, 12 lutego 2014

Ostatnie dni mijają mi pod znakiem dumy. Dumna byłam w sobotę, kiedy to Jurek Owsiak ogłosił, że jednak wraca z Kosmosu na Ziemię i że jego orkiestra będzie grała nadal. Do końca świata i o jeden dzień dłużej. Mam wrażenie, chyba całkiem nie blade i całkiem nie nikłe, że całe to internetowa nagonka na JO oraz na WOŚP to karuzela, którą kręci ta sama ekipa, która kręci głową Macierewicza...

Dumna byłam także w niedzielne przedpołudnie , kiedy to wraz z Młodą poszłam do naszego toruńskiego Planteraium na zabawne historie młodego Nikusia Kopernikusia. Siedziałyśmy zapatrzone w sztuczne niebo i na sklepieniu oglądałyśmy toruńskie niebo, niczym z dachów toruńskich XV-wiecznych kamienic. Oglądając układ solarny wirujący nad naszymi głowami - poczułam się naprawdę szczęśliwa, że pochodzę z Torunia. Mimo, że psioczę na to miasto, na jego zaściankowość, burakowo, na marazm gospodarczy, społeczny - to dumna jestem, że tymi samymi uliczkami, którymi biegałam w młodości ja - biegali - ot choćby Mikołaj Kopernik, Tony Halik czy Boguś Linda;-)

I dumna byłam w niedzielny wieczór, kiedy widziałam naszego Kamila jak leeeeeeeciiiiiii.....Jak zostawia daleko w tyle konkurencję i jak pruje rosyjską przestrzeń powietrzną! Fajnie jest jak masz z czego / kogo być dumnym. Fajnie, jak potrafisz się cieszyć rzeczami małymi i dużymi. Ja umiem się cieszyć nawet gównem, zawiniętym w papierek, bo wmawiam sobie, że dostałam konika, tylko gdzieś pognał... I żal mi ludzi, których pierwszą myślą po zwycięskim locie Kamila Stocha było: "Ciekawe ile on zarabia i ile będzie dostawał emarytury?" Za te 5-10 lat, jak już - wiadomo - nie będzie zdolny do takich wyczynów.

A dziś jestem dumna z mojego Syna, który skończył pierwszy rok swojego życia. Z każdego poranka, kiedy to wita mnie swoim uśmiechem. Z każdego jego "mama", "tata", "daj". I dumna jestem z siebie. Że wydałam na świat Dwa Życia. Że dzięki tym Życiom obchodzę trzykrotnie w roku Dzień Matki. Każdego dnia czuję się szczęściarą!

15:28, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 lutego 2014

Dzisiejszy dzień to sceny żywcem wyjęte z Barei. A wszystko zaczęło się w nocy, kiedy to Młody postanowił obudzić się przed drugą i ... nie spać. Uznał,  że środek nocy to idealna pora nie tylko na jedzenie, ale i na zabawy radiem, samochodami, włosami matki, swoją skarpetą, papciem siostry i gumowym gryzakiem psa. Nie spał ON, nie spałam i ja. No bo jak... Zasnęliśmy oboje cos koło godziny 4 a potem niczym raca wystrzeliłam  z łóżka o 7:15. Niech to szlag!!! AKURAT dzisiaj, kiedy z przeczyn niezależnych ode mnie musiałąm jechać do pracy autobusem. A komuniakcją miejską (w moim przypadku podmiejską) nie jechałam chyba ze sto lat. Ale nic to! W przeciągu kwadransa zdążyłam umyć siebie, ba! nawet umyć i ułożyć na szczotce włosy, ubrać się, umalować, założyć czapę i cieplutkie emulce i pędzę na przystanek. Czy ZDANŻAM? Oczywiście, że NIE ZDANŻAM, bo sa ferię i rozkład jazdy autobusów uległ nieznacznym modyfikacjom...Nieznacznym być może dla uczniów. Dla mnie - kluczowym. Następny autobus za 40 minut, zatem w jednej chwili podjęłam decyzję: "Idę z buta" (w portfelu jeno 6 zł na bilet, zatem o taksówce nie ma co marzyć! ) Po siedmiu krokach zaczęłam się oglądać wstecz z nadzieją, że jakiś koń mechaniczny pojawi się na horyzoncie i że widząc moją dłoń zgrabnie, acz dobiotnie machającą zatrzyma się i weźmie na pakę. Udało się! Złapawszy okazję, którą okazała się sympatyczna pani ze wsi obok, połowę drogi (tę mniej cywilizowaną połowę)przejechałam w komfortowych warunkach. Dziękuję Pani, bo mogłam dziś wyglądać TAK:

(źródło zdjęcia: http://karammba.blogspot.com/2012/01/baba-idzie-na-zakupy-grandma-goes.html)

Ale ostatecznie, dzięki ludziom dobrej woli, co to się nad idącym babiątkiem zlitowali dotarłam do pracy jedynie z piętnastominutowym opóźnieniem.

Miłego weekendu wszystkim dojeżdżającym do pracy!

 

piątek, 31 stycznia 2014
Demonstracje na kijowskim Majdanie to mały pikuś w porównaniu z domowym majdanem, jaki mam od tygodnia z okładem. Do zimowych igrzysk w Soczi zostało jeszcze kilka dni, a my już zdążyliśmy zaliczyć zimową sztafetę wirusową. Młoda przyniosła z przedszkola gila i poczęstowała nim Kalafiora. Ten z kolei obdarował gilem mnie. Zatem od dwóch dni sama zdycham przy okazji pielęgnując niespełna roczne potomstwo.
 
No więc siedzę w domu z chorym dzieckiem... I tak sobie myślę (zapewne nie ja jedyna, nie ja pierwsza i nie ostatnia), że to "siedzenie z dzieckiem w domu" to zdziebko przereklamowana sprawa. Bo to trochę tak, jak z tą świnką morską. Ani to świnka, ani morska. A więc ani to siedzenie (bo usiąść to ja sobie mogę na chwilę na sedesie), ani w domu (bo to przychodnia, szpital - a w poczekalni to można sobie poczekać, oj można), no i w zasadzie to nawet czasem nie z dzieckiem. A w każdym razie nie z dzieckiem, które się znało dotychczas. Bo zasmarkane i gorączkujące dziecko, to nie to samo...
 
Siedząc w domu z dzieckiem i po przeczytaniu świetnego artykułu, jaki napisała moja serdeczna koleżanka wraz ze swoją koleżanką - tutaj - zaczęłam się
zastanawiać nad całą paranoją tej sytuacji. "Polska to jest bardzo dziwna kraj", jak mawiał jeden z telewizyjnych bohaterów lat 90-tych niejaki Zulu Gula (kto pamięta???) Dziecko lało mi się przez ręce, ponad 39 stopni na liczniku przez kilka dni, nie do zbicia... a ja się zastanawiam, jak to moja firma przyjmie... Przyjęła nad wyraz dobrze, ale... kompa służbowego do domu wzięłam i po godzinie 22, jak już młody zasnął, a ja po półgodzinnej drzemce nabrałam siły na to, by wstać, założyć szlafrok i ciepłe paputki i podreptać ciuchutko do komputera -dziergałam te tabelki...
 
Dziergałam i szlag mnie trafiał... Na nasze państwo - podobno prorodzinne. I na nasze społeczeństwo - podobno tak katolickie i tak prolajfowem, a mające w glebokim poważaniu matki i ich problemy, w myśl zasady: "Twoje dziecko-ty się o nie martw i nie zawracaj nam dupy swoimi rozterkami". I choć obóz rządzący jest mi jak najbliższy ideowo, to jako matka nie mogę zapominać o tak ważnej dla mnie kwestii jak pomoc państwa rodzicom. I żeby nie było wątpliwości - uważam, że państwo nie jest od tego, aby dawać i pomagać wszystkim, jak leci, tylko tym najbardziej potrzebującym. Nie mam więc roszczeniowej postawy i nie wymagam dlatego, że "coś mi się należy", nie wkurzam się, że becikowe przyszługuje tylko od jakiegoś progu i że ja się na ten próg nie załapałam (choć mieć tysiaka w portfelu, a nie mieć - choćby jednorazowo - to istotna różnica). Uważam, że należy mi się od życia tylko tyle, ile sama włożyłam. Uważam jednak, że państwo powinno przezde wszystkim dawać szansę młodym mamom na powrót na rynek pracy i szybkie podnoszenie kwalifikacji zamiast dawać bezsensowne i dla wielu kontrowersyjne donacje. Dawać wędkę, a nie rybę - to największe wyzwanie, Państwo Rządzący! Tyle że bezpieczniej jest dac przywileje kolejarzom czy górnikom, hutnikom i innym metalowcom, którzy na Wiejską z chodnikiem w rękach przyjeżdżają...
Chciałabym doczekać czasów, kiedy normą będą przyzakłdowe żłobki czy przedszkola. Kiedy rodzice bez cienia wątpliwości będą mogli rozłożyć sobie
część pracy na zasadach home office. Kiedy nikt nie będzie patrzył krzywo zarówno na matki, wychowujące dzieci do 3 roku życia, jak i na te, które po 4
mesiącach z radością i ulgą wracają do pracy na pełen etat. I żeby to była decyzja matki, a nie presji społecznej. I niech społeczeństwo w końcu zrozumie,
że wychowanie dziecka, to nie bułka z masłem, kaszka z mlekiem, tylko ogromny Big Mac z podwójnym serem!
piątek, 17 stycznia 2014

No więc stało się, decyzja powzięta. Jedziemy. Jedziemy tylko ja i Młoda. Ot, taki babski wypad na weekend nad morze. Chłopaki - znaczy się Ojciec i Kalafior - zostają sami w domu. Z pewnością czeka ich obu nie lada wyzwanie. Obawiam się jednak, że zostawiając ich samych w domu po raz pierwszy na CAŁE DWA DNI (a więc JEDNĄ NOC!!!) przygody Kevina, co to został sam w domu, to przy tym małe miki... Dziesiątki par skarpet poupychanych w fotelowo-kanapowe zagięcia, różne inne części garderoby porozrzucane niedbale po całym domu (wypisz-wymaluj Moje Waterloo!!!), resztki kanapek na kuchennym blacie (no bo po co, pytam po co wkładać brudne gary do zmywarki, czy choćby do zlewu?), podniesiona - a jakże - deska sedesowa i - o zgrozo - walające się po całej chałupie butelki (po mleku - rzecz jasna!) No ale co zrobić - staram się dziś o tym nie myśleć. Wkurw przyjdzie dopiero w poniedziałek. A może nie? Ostatnio próbuję usilnie zmienić swój charakter - swoją upierdliwą dbałość o szczegóły, czepialskość i nadmierne gderanie na temat walniętego niedbale i gdziekolwiek tego czy owego. Staram się...

A propos garderoby. Nie lubię się pakować na tak krótki wyjazd. Niby masz z tyłu głowy myśl, że to przecież tylko jedna noc, a z drugiej strony, dopychasz ciuchy w walizce kolanem, dopinasz zamek siadając nań czterema literami i błagasz siłę wyższą, by owo zapięcie (wątpliwej w tym przypadku jakości) nie trzasnęło z impetem w momencie wnoszenia walizki po hotelowych schodach. Tak więc pakowanie to istny koszmar.  O ile ja postarałam się zorganizować swój ubiór do minimum, o tyle Młoda wzięła stos ubrań, w tym między innymi sukienkę z cekinami, bolerko futerkowe i trzy kostiumy kąpielowe. Znaczy się - będzie szyku zadawać. Tiaaa.... zwłaszcza na basenie, ze zmokniętymi włosami. I strużkami wody basenowej, kapiącej spod nosa i z brody... Już sobie ją wyobrażam, jak będzie się za kilkadziesiąt lat pakowała na turnus do Ciechocinka...Boszszszsz...Wychowałam fashion victim!!!

Tak czy inaczej - niezależnie od wszystkiego (śnieżyca na drodze, 10 w skali Bouforta na plaży) mam zamiar spełnić swoje noworoczne postanowienie i porozpieszczać się trochę. Pobyć z moją córką - sam na sam. Urządzić sobie dziewczyński wieczór - łącznie z maseczką z ogórka na twarzy, poduszkową bitwą i szampanem Piccolo! Pal licho, że to tylko weekend. Ale skoro ma to być tylko chwila, zatem chwilo trwaj!!!

14:23, countrygirl
Link Komentarze (1) »
piątek, 10 stycznia 2014

Rok temu tez był 10 stycznie. A jakże! Nie może być inaczej!  Pamiętam dokładnie ten dzień bo był to mój ostatni dzień w pracy przed planowanym porodem. Szłam objuczona niczym wielbłąd, targając przed sobą wielki brzuch, a na nim jeszcze większy karton z pączkami, babeczkami, mufinkami i gniazdkami. Wszystko po to, by w miłym geście (a tak - potrafię  być miła, nawet bardzo!) pożegnać się z moimi sympatycznymi współpracownikami na najbliższe kilka miesięcy. Lubiłam ganiać do pracy, ubierać się rano w sukienkę ciążową i zakładać - ku przerażeniu i oburzeniu niektórych - szpilki. A teraz to wszystko miało się skończyć. Ale miało być lepiej, lżej, spokojniej i ciszej...

Niestety - aż tak dobrze nie było. Czyli wyszło jak zawsze. Styrana biegałam co 2 dni na KTG, brnąc po kolana w śniegu. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca w domu, w którym CIĄGLE I ZAWSZE było coś do zrobienia. A siły już nie te... No i brzuch pod nosem (obarczony w dodatkowe odzienie wierzchnie w postaci kożucha) nieco ciążył, więc spacery po wsi i lesie też nie należały do najprzyjemniejszych. W dodatku przytkanego ucha pan doktor-ojboli nie chciał przepłukać w obawie o wywołanie akcji porodowej przed wyznaczonym terminem. I na nic się zdały moje błagania -"Panie, weź pan, lej ta woda!!! Tylko mi ulżysz - nie tylko na ucho!!!"

Ratowały mnie drzemki i książki, które pożerałam, gdy tylko wyprawiłam z domu resztę rodziny, Paszli won! Wszyscy !  Chcę zostać sama i cieszyć się ostatnimi tygodniami - może dniami - OBY dniami - swobody i błogiego robienia nic. I snu.

A teraz - proszę! W rok po tamtych wydarzeniach - życie moje wygląda ZUPEŁNIE inaczej. Śniegu nie ma, raczej plucha więc kozaki zamieniłam na kalosze. Kożuch przy plus 6 też nie jest dobrym pomysłem. Brzuch znacznie mniejszy, choć skłamałabym, mówiąc że jestem z niego zadowolona. Skupiam się na tu i teraz, aby uczestniczyć w każdej mniej i bardziej ważnej chwili życia moich bliskich.

I tylko - tak jak przed rokiem - marzę, by wsunąć się pod kołdrę gdy tylko Moi wyjdą z domu...

 

wtorek, 07 stycznia 2014

Czy może być pozytywnie, gdy wokół szaleje wirusówka i rodzina - za przeproszeniem - sra dalej niż widzi? Gdy za oknem szaroburo, zamiast białozimowo? Gdy ma się w domu tzw. "ciche dni", po uprzednim rzucaniu miską z kaszką po ścianach (miseczka niestety nie z duralexu - poszła w drobny mak, zostawiając nie tylko milion opiłków, niczym zbite przez diabłów zwierciadłow  baśni o Królowej Śniegu, lecz także trudne do starcia plamy z owej kaszki na ścianach)? Ano co zrobić. Chyba może.Trzeba - w każdym razie próbować. Zacisnąć zęby - wycedzić przez nie siarczyste :"Kurwa mać, dam radę!" Jako się rzekło A, to trzeba brnąć dalej przez alfabet.

B - Boże jak mi się nic nie chce...

C - cholera jasna, ciągle tylko sprzątam po was...

D - dajcie mi 15 minut spokoju!

E - ej, ty życie łez mych winne, nie zamienię cię na inne...

F - fioła przez was dostanę;-)

G - gdzie mnie znów ciągniesz?

H - hurra - niedziela, godz. 6:30 - jak dobrze wstać skoro świt...

I - idź do taty!

J - jezu, kolejna pielucha w przeciągu godziny...

K - krzyż pański mam z wami

L - lecę - na łeb, na szyję...

M - może byś się sama chwilę pobawiła?

N - Natalka...

O - Oluś...

P - plizzz, nie teraz...

R -  raz, dwa, trzy - w nocy wstajesz ty (znaczy się - ja,matka)

S - schowam się, nie wstanę, tak będę leżeć!!!

T - teraz, TERAZ, TEEEERAAAAAZZZZZ!!!!!

U - uśnij w końcu, mój maleńki, dżizas, jest 4 nad ranem...

W - wstawaj, szkoda dnia! Juppi - jest

Z - zrobię jeszcze TYLKO milion innych rzeczy i pójdę spać;-)

 

A jednak - nie jest tak źle. Uff - w blogosferze można czasem odetchnąć! Dziękuję wszystkim sympatykom, którzy wspierają mnie w tej najcudowniejszej z możliwych i pełnej przygód podróży!

 

16:05, countrygirl
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3