RSS
piątek, 31 stycznia 2014
Demonstracje na kijowskim Majdanie to mały pikuś w porównaniu z domowym majdanem, jaki mam od tygodnia z okładem. Do zimowych igrzysk w Soczi zostało jeszcze kilka dni, a my już zdążyliśmy zaliczyć zimową sztafetę wirusową. Młoda przyniosła z przedszkola gila i poczęstowała nim Kalafiora. Ten z kolei obdarował gilem mnie. Zatem od dwóch dni sama zdycham przy okazji pielęgnując niespełna roczne potomstwo.
 
No więc siedzę w domu z chorym dzieckiem... I tak sobie myślę (zapewne nie ja jedyna, nie ja pierwsza i nie ostatnia), że to "siedzenie z dzieckiem w domu" to zdziebko przereklamowana sprawa. Bo to trochę tak, jak z tą świnką morską. Ani to świnka, ani morska. A więc ani to siedzenie (bo usiąść to ja sobie mogę na chwilę na sedesie), ani w domu (bo to przychodnia, szpital - a w poczekalni to można sobie poczekać, oj można), no i w zasadzie to nawet czasem nie z dzieckiem. A w każdym razie nie z dzieckiem, które się znało dotychczas. Bo zasmarkane i gorączkujące dziecko, to nie to samo...
 
Siedząc w domu z dzieckiem i po przeczytaniu świetnego artykułu, jaki napisała moja serdeczna koleżanka wraz ze swoją koleżanką - tutaj - zaczęłam się
zastanawiać nad całą paranoją tej sytuacji. "Polska to jest bardzo dziwna kraj", jak mawiał jeden z telewizyjnych bohaterów lat 90-tych niejaki Zulu Gula (kto pamięta???) Dziecko lało mi się przez ręce, ponad 39 stopni na liczniku przez kilka dni, nie do zbicia... a ja się zastanawiam, jak to moja firma przyjmie... Przyjęła nad wyraz dobrze, ale... kompa służbowego do domu wzięłam i po godzinie 22, jak już młody zasnął, a ja po półgodzinnej drzemce nabrałam siły na to, by wstać, założyć szlafrok i ciepłe paputki i podreptać ciuchutko do komputera -dziergałam te tabelki...
 
Dziergałam i szlag mnie trafiał... Na nasze państwo - podobno prorodzinne. I na nasze społeczeństwo - podobno tak katolickie i tak prolajfowem, a mające w glebokim poważaniu matki i ich problemy, w myśl zasady: "Twoje dziecko-ty się o nie martw i nie zawracaj nam dupy swoimi rozterkami". I choć obóz rządzący jest mi jak najbliższy ideowo, to jako matka nie mogę zapominać o tak ważnej dla mnie kwestii jak pomoc państwa rodzicom. I żeby nie było wątpliwości - uważam, że państwo nie jest od tego, aby dawać i pomagać wszystkim, jak leci, tylko tym najbardziej potrzebującym. Nie mam więc roszczeniowej postawy i nie wymagam dlatego, że "coś mi się należy", nie wkurzam się, że becikowe przyszługuje tylko od jakiegoś progu i że ja się na ten próg nie załapałam (choć mieć tysiaka w portfelu, a nie mieć - choćby jednorazowo - to istotna różnica). Uważam, że należy mi się od życia tylko tyle, ile sama włożyłam. Uważam jednak, że państwo powinno przezde wszystkim dawać szansę młodym mamom na powrót na rynek pracy i szybkie podnoszenie kwalifikacji zamiast dawać bezsensowne i dla wielu kontrowersyjne donacje. Dawać wędkę, a nie rybę - to największe wyzwanie, Państwo Rządzący! Tyle że bezpieczniej jest dac przywileje kolejarzom czy górnikom, hutnikom i innym metalowcom, którzy na Wiejską z chodnikiem w rękach przyjeżdżają...
Chciałabym doczekać czasów, kiedy normą będą przyzakłdowe żłobki czy przedszkola. Kiedy rodzice bez cienia wątpliwości będą mogli rozłożyć sobie
część pracy na zasadach home office. Kiedy nikt nie będzie patrzył krzywo zarówno na matki, wychowujące dzieci do 3 roku życia, jak i na te, które po 4
mesiącach z radością i ulgą wracają do pracy na pełen etat. I żeby to była decyzja matki, a nie presji społecznej. I niech społeczeństwo w końcu zrozumie,
że wychowanie dziecka, to nie bułka z masłem, kaszka z mlekiem, tylko ogromny Big Mac z podwójnym serem!
piątek, 17 stycznia 2014

No więc stało się, decyzja powzięta. Jedziemy. Jedziemy tylko ja i Młoda. Ot, taki babski wypad na weekend nad morze. Chłopaki - znaczy się Ojciec i Kalafior - zostają sami w domu. Z pewnością czeka ich obu nie lada wyzwanie. Obawiam się jednak, że zostawiając ich samych w domu po raz pierwszy na CAŁE DWA DNI (a więc JEDNĄ NOC!!!) przygody Kevina, co to został sam w domu, to przy tym małe miki... Dziesiątki par skarpet poupychanych w fotelowo-kanapowe zagięcia, różne inne części garderoby porozrzucane niedbale po całym domu (wypisz-wymaluj Moje Waterloo!!!), resztki kanapek na kuchennym blacie (no bo po co, pytam po co wkładać brudne gary do zmywarki, czy choćby do zlewu?), podniesiona - a jakże - deska sedesowa i - o zgrozo - walające się po całej chałupie butelki (po mleku - rzecz jasna!) No ale co zrobić - staram się dziś o tym nie myśleć. Wkurw przyjdzie dopiero w poniedziałek. A może nie? Ostatnio próbuję usilnie zmienić swój charakter - swoją upierdliwą dbałość o szczegóły, czepialskość i nadmierne gderanie na temat walniętego niedbale i gdziekolwiek tego czy owego. Staram się...

A propos garderoby. Nie lubię się pakować na tak krótki wyjazd. Niby masz z tyłu głowy myśl, że to przecież tylko jedna noc, a z drugiej strony, dopychasz ciuchy w walizce kolanem, dopinasz zamek siadając nań czterema literami i błagasz siłę wyższą, by owo zapięcie (wątpliwej w tym przypadku jakości) nie trzasnęło z impetem w momencie wnoszenia walizki po hotelowych schodach. Tak więc pakowanie to istny koszmar.  O ile ja postarałam się zorganizować swój ubiór do minimum, o tyle Młoda wzięła stos ubrań, w tym między innymi sukienkę z cekinami, bolerko futerkowe i trzy kostiumy kąpielowe. Znaczy się - będzie szyku zadawać. Tiaaa.... zwłaszcza na basenie, ze zmokniętymi włosami. I strużkami wody basenowej, kapiącej spod nosa i z brody... Już sobie ją wyobrażam, jak będzie się za kilkadziesiąt lat pakowała na turnus do Ciechocinka...Boszszszsz...Wychowałam fashion victim!!!

Tak czy inaczej - niezależnie od wszystkiego (śnieżyca na drodze, 10 w skali Bouforta na plaży) mam zamiar spełnić swoje noworoczne postanowienie i porozpieszczać się trochę. Pobyć z moją córką - sam na sam. Urządzić sobie dziewczyński wieczór - łącznie z maseczką z ogórka na twarzy, poduszkową bitwą i szampanem Piccolo! Pal licho, że to tylko weekend. Ale skoro ma to być tylko chwila, zatem chwilo trwaj!!!

14:23, countrygirl
Link Komentarze (1) »
piątek, 10 stycznia 2014

Rok temu tez był 10 stycznie. A jakże! Nie może być inaczej!  Pamiętam dokładnie ten dzień bo był to mój ostatni dzień w pracy przed planowanym porodem. Szłam objuczona niczym wielbłąd, targając przed sobą wielki brzuch, a na nim jeszcze większy karton z pączkami, babeczkami, mufinkami i gniazdkami. Wszystko po to, by w miłym geście (a tak - potrafię  być miła, nawet bardzo!) pożegnać się z moimi sympatycznymi współpracownikami na najbliższe kilka miesięcy. Lubiłam ganiać do pracy, ubierać się rano w sukienkę ciążową i zakładać - ku przerażeniu i oburzeniu niektórych - szpilki. A teraz to wszystko miało się skończyć. Ale miało być lepiej, lżej, spokojniej i ciszej...

Niestety - aż tak dobrze nie było. Czyli wyszło jak zawsze. Styrana biegałam co 2 dni na KTG, brnąc po kolana w śniegu. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca w domu, w którym CIĄGLE I ZAWSZE było coś do zrobienia. A siły już nie te... No i brzuch pod nosem (obarczony w dodatkowe odzienie wierzchnie w postaci kożucha) nieco ciążył, więc spacery po wsi i lesie też nie należały do najprzyjemniejszych. W dodatku przytkanego ucha pan doktor-ojboli nie chciał przepłukać w obawie o wywołanie akcji porodowej przed wyznaczonym terminem. I na nic się zdały moje błagania -"Panie, weź pan, lej ta woda!!! Tylko mi ulżysz - nie tylko na ucho!!!"

Ratowały mnie drzemki i książki, które pożerałam, gdy tylko wyprawiłam z domu resztę rodziny, Paszli won! Wszyscy !  Chcę zostać sama i cieszyć się ostatnimi tygodniami - może dniami - OBY dniami - swobody i błogiego robienia nic. I snu.

A teraz - proszę! W rok po tamtych wydarzeniach - życie moje wygląda ZUPEŁNIE inaczej. Śniegu nie ma, raczej plucha więc kozaki zamieniłam na kalosze. Kożuch przy plus 6 też nie jest dobrym pomysłem. Brzuch znacznie mniejszy, choć skłamałabym, mówiąc że jestem z niego zadowolona. Skupiam się na tu i teraz, aby uczestniczyć w każdej mniej i bardziej ważnej chwili życia moich bliskich.

I tylko - tak jak przed rokiem - marzę, by wsunąć się pod kołdrę gdy tylko Moi wyjdą z domu...

 

wtorek, 07 stycznia 2014

Czy może być pozytywnie, gdy wokół szaleje wirusówka i rodzina - za przeproszeniem - sra dalej niż widzi? Gdy za oknem szaroburo, zamiast białozimowo? Gdy ma się w domu tzw. "ciche dni", po uprzednim rzucaniu miską z kaszką po ścianach (miseczka niestety nie z duralexu - poszła w drobny mak, zostawiając nie tylko milion opiłków, niczym zbite przez diabłów zwierciadłow  baśni o Królowej Śniegu, lecz także trudne do starcia plamy z owej kaszki na ścianach)? Ano co zrobić. Chyba może.Trzeba - w każdym razie próbować. Zacisnąć zęby - wycedzić przez nie siarczyste :"Kurwa mać, dam radę!" Jako się rzekło A, to trzeba brnąć dalej przez alfabet.

B - Boże jak mi się nic nie chce...

C - cholera jasna, ciągle tylko sprzątam po was...

D - dajcie mi 15 minut spokoju!

E - ej, ty życie łez mych winne, nie zamienię cię na inne...

F - fioła przez was dostanę;-)

G - gdzie mnie znów ciągniesz?

H - hurra - niedziela, godz. 6:30 - jak dobrze wstać skoro świt...

I - idź do taty!

J - jezu, kolejna pielucha w przeciągu godziny...

K - krzyż pański mam z wami

L - lecę - na łeb, na szyję...

M - może byś się sama chwilę pobawiła?

N - Natalka...

O - Oluś...

P - plizzz, nie teraz...

R -  raz, dwa, trzy - w nocy wstajesz ty (znaczy się - ja,matka)

S - schowam się, nie wstanę, tak będę leżeć!!!

T - teraz, TERAZ, TEEEERAAAAAZZZZZ!!!!!

U - uśnij w końcu, mój maleńki, dżizas, jest 4 nad ranem...

W - wstawaj, szkoda dnia! Juppi - jest

Z - zrobię jeszcze TYLKO milion innych rzeczy i pójdę spać;-)

 

A jednak - nie jest tak źle. Uff - w blogosferze można czasem odetchnąć! Dziękuję wszystkim sympatykom, którzy wspierają mnie w tej najcudowniejszej z możliwych i pełnej przygód podróży!

 

16:05, countrygirl
Link Komentarze (2) »