RSS
wtorek, 25 czerwca 2013

Jako dziecko, a nawet już będąc wczesnym młodzieżem, byłam straszliwym niejadkiem. Każdemu, kto mnie zna, trudno to sobie wyobrazić, ale tak - byłam nawet kilkukrotnie kierowana przez szkolną higienistkę (a tak, był kiedyś taki ktoś na etacie szkolnym) na kolonie zdrowotne! Notorycznie z niedowagą, ku rozpaczy rodziny (zwłaszcza moich dużojedzących rodziców chrzestnych) z każdego rodzaju mięsa robiłam w buzi kotlety mielone, a te, dla których los nie był taki łaskawy i nie przeszły całej długiej drogi układu pokarmowego, kończyły swój żywot – o zgrozo!!! – za szafkami kuchennymi. Kanapki szkolne były całymi tygodniami gromadzone najpierw w tornistrze a później upychane głęboko w śmietniku lub – w najlepszym wypadku, lądowały w żołądkach moich koleżanek z klasy. Zdecydowanie najkrócej cierpiały ziemniaki. Upychałam je sobie w policzkach, tak, aby mama widziała, że talerz jest pusty, po czym szybko biegłam do toalety, by ziemniaczki szybciutko poszły sobie…popływać w Wiśle.

Patrząc na Młodą widzę, och, jak widzę, jakże prawdziwą okazuje się, że teoria dziedziczenia Grzegorza Mendla. Niedaleko pada jabłko od jabłoni… A było to tak.

Sprzątam wczoraj, jadę z odkurzaczem jak każdego dnia. Coś mnie tknęło, żeby odkurzyć za sprzętem nagłaśniającym. To wyjątkowo trudnodostępone miejsce, więc umówmy się – nie sprzątam tam zbyt często. Może częstotliwość jest nieco częstsza niż dwa razy do roku (Bogu dzięki!), no ale codziennie też tam nie sprzątam. A zatem – odsuwam głośniki. I…przeżyłam deja vu! Moim oczom ukazał się widok, który zapewne i moją mamę 30 lat temu przyprawiał
o szybsze bicie serca i to bynajmniej nie z powodu dumy nad pomysłowością dziecka. Znalazłam kilka niedojedzonych kromek chleba, resztki zaschłego i sztywnego jak wkładka do buta sera i wysuszone na wiór kawałki kabanosa. O jak dobrze, że nie znalazłam kości od kurczaka czy pancerzyków od krewetek!

No i jak tu teraz przeprowadzić pogadankę edukacyjną???

poniedziałek, 24 czerwca 2013

No pewnie, nie jestem wyjątkiem, zatem i ja czasem używam nieparlamentarnych określeń w stosunku – ot, choćby do mam celebrytek. Jednak podtrzymuję zdanie, że nie lubię wewnątrzpartyjnych kłótni w Partii Matek. Nie lubię kiedy mamy wzajemnie obrzucają się błotem w imię jedynie słusznej idei. Podziwiam każdą mamę, która oddaje swój czas dzieciom i w imię miłości rodzicielskiej robi to, co ONA uważa za słuszne i dobre. Dlatego dziś będzie o ogólnie znienawidzonej kaście matek idealnych.

I powiem tak: wbrew ogólnej opinii i wylewania wiadra pomyj – ja naprawdę chciałabym być mamą idealną. Taką, która ma dla swoich dzieci dużo czasu, uśmiecha się do nich i turla się z nimi po podłodze. Taka, która odnajduje źródło radości w robieniu pierdzioszków na brzuchu młodszej i która skacze przez kałuże ze starszą pociechą. Taka, która karmi piersią przynajmniej do roku, czując mistyczną wręcz więź z potomkiem. Taką, która z jednej strony
przyrządza swoim latoroślom zdrowe, smaczne i pożywne posiłki z produktów ekologicznych, a z drugiej strony – nie mieć wyrzutów sumienia, karmiąc je
podgrzaną w mikrofalówce parówką. Taką, która nie czuje kluchy w gardle, kiedy zapomni przygotować dziecku karmnika do przedszkola. I jeszcze taką, która pomimo braku snu, zawsze jest uśmiechnięta, czuła, zadbana, z pomalowanymi paznokciami i gustownie ubrana.

Ale ponieważ nie zgadzam się z teorią, że liczy się jakość, a nie ilość spędzonego z brzdącem czasu – nie mam szansy na zdobycie tytułu Supermatki. Widzę, jak bardzo dziecko – to małe i to duże – cieszy się, kiedy może pobyć ze mną, tak po prostu. Poleżeć na trawie, pomachać palcem w dziurawej skarpecie i wspólnie liczyć chmury na niebie…

 

czwartek, 20 czerwca 2013

"A niech was wszyscy diabli!" - powiedział stary Felicjan Dulski... A ja dziś mogę sobie z panem Felicjanem rękę podać a potem w lustro spojrzeć i sparafrazować: "A niech cię wszyscy diabli!" 

Zachowałam się jak typowa (stereotypowa) matka-Polka, jak matka-kwoka. Wszystko dobrze, wszystko fajnie, a jak przyszło co do czego, to cały wieczór myslałam o Młodej i cały poranek czekam na jej telefon. Wiem od dziadka, że wszystko jest dobrze, że nie było problemów ani tęsknoty i że ząb wypadł wczoraj przy kolacji a dziś rano przyszła wróżka-zębuszka. Ale jednak tęsknię...

I walę się po policzkach (a ty, a ty!), i próbuję się zająć czymś konstruktywnym, i szlag mnie trafia, że taka jestem!!!

środa, 19 czerwca 2013

No i stało się! Zostałam sama... No, prawie. Dziś rano Młoda po raz pierwszy wyjechała na wakacje bez nas, czyli bez Mamy i Taty. Wyjechała na kilka dni nad morze z dziadkami. A decyzja nie była łatwa, w imię zasady "i chciałabym, i się boję", zatem gryzła się cały wieczór. W końcu jednak decyzja została podjęta i spakowawszy 4 torby (!!!) dziś rano mój Robaczek wyruszył w kierunku Mierzei Wiślanej. My za to pozostajemy sam na sam ze sobą i z młodszym Potomkiem - tym bardziej  uregulowanym i jeszcze mniej wygadanym. Zatem korzystając z faktów, że:

1. młodsze dziecko jest przewidywalne i przewiduję, że mniej więcej o godzinie 20:00 będzie już w objęciach Morfeusza;

2. nie zdążę jeszcze zatęsknić za dzieckiem starszym;

3. w/w jest ode mnie oddalone o 200 km i nawet jakby bardzo chciała, to i tak nie wróci dzisiaj;

mam nadzieję usłyszeć dziś wieczorem z ust Męża słowa, żywcem wyjęte z Sidneya Polaka:

 

 

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Mój samochód to śmieciarka i SMYK dwa w jednym. Takie kombo-auto, w którym piętrzą się pazłotka po Kinder-czekoladkach, jajkach-niespodziankach, papierki po gumach do żucia, żelki, tik-taki, paluszki – przemieszane ze swetrami, polarami, t-shirtami na zmianę, pluszowymi maskotkami, grzechotkami i pieluchami tetrowymi do wycierania ulewającego się mleka. No cóż, uważam, że przy dwójce małych dzieci i matce wariatce nie da się utrzymać samochodu w ładzie. I choć nie lepi się on od brudu ani nie zalatuje jak monopolistyczna firma segregująca odpady – to za każdym razem wsiadając
doń, oglądam się na prawo i lewo, aby nie uwalić białego mankietu od koszuli czy letnich pastelowych spodni zanim jeszcze komukolwiek pokażę się w takim anturażu. A że dodatkowo jestem leniwa i parkuję zazwyczaj tam, gdzie tylko jestem w stanie się zmieścić – no cóż – często wysiadam bagażnikiem, co dodatkowo potęguje mój stres.

Ale nic to! Do prania sterty łachów każdego niemalże dnia zdążyłam się już przyzwyczaić. Cały jednak czas zastanawia mnie jak to możliwe, że czteroosobowa rodzina TYLE brudzi. I dochodzę do wniosku, że to nie jest możliwe i że z pewnością któryś z sąsiadów podrzuca mi brudy do kosza. A potem, jak już wyschną pachnące niemieckim proszkiem i ciepłym letnim wiatrem, i jak już je poskładam w kostkę – sąsiedzi trach!!! – przychodzą cichcem i zabierają wyprane góry ubrań do siebie. Dorzucając oczywiście nowe!

********************

- (Ja) Zajedziemy jeszcze na chwilę do sklepu. Wejdę tylko po bułki.

- (Młoda) Mogę wejść z Tobą? Błagaaaaaaaaammmmm!!!

- Nie, zostaniesz z Kalafiorem.

- Zawsze muszę zostawać…. No to kup mi coś, dobrze? Coś małego. Może czekoladkę? (tu następuje mina w stylu „na misia”, okraszona uśmiechem – dosłownie – od ucha do ucha)

- Dobrze, coś małego. Ale na pewno nie czekoladkę.

Co można kupić dzieciakowi, wiedząc, że zanim zdążę zapiąć pasy i ruszyć spod sklepu owo COŚ MAŁEGO zostanie rozpakowane i spałaszowane w okamgnieniu? Czekolada, lody i żelki odpadają. Andruty też się za bardzo kruszą. Dobra – ze zgrzewką wody w jednej ręce, 5-kilową torbą żarcia dla kota w drugiej i reklamówką z bułkami w zębach, dochodzę do wniosku, że guma do żucia będzie bezpieczna. Sprawa załatwiona. Młoda ucieszona. Wszyscy zadowoleni. Git. Siadam i jedziemy do chaty.

Wysiadam z auta, odpinam tylne drzwi, gdzie z fotelika wypina się Młoda i próbuje wydłubać z włosów resztki gumy do żucia… W tym momencie w głowie mam tylko jedno angielskie nieparlamentarne słowo na literę F*** ...

Cholera! Nie złożyłam jeszcze deklaracji śmieciowej…

czwartek, 13 czerwca 2013

No dobra, ja wiem, że mi łatwo tak mówić, że nie mam wielu powodów do narzekania, a i ktoś może mi zarzucić, że nie znam życia. Fakt, nie miałam zbyt pod górkę. Wychowałam się w pełnej, kochającej się rodzinie, skończyłam dobre studia, mam pracę, którą lubię, mam swoje pasje i potrafię znaleźć na nie czas. Mam mężczyznę – kochanego męża i dobrego ojca. Obie ciąże przechodziłam w zasadzie bezproblemowo, rodziłam szybko i bez kłopotów, bez znieczuleń, bez traumy, z  troskliwą położną, a do formy sprzed ciąży dochodziłam w kilka tygodni po porodzie. Moje dzieci, dzięki Bogu, nie chorują, są mądre i radosne.  Fajnie. Naprawdę fajnie.

Ale na każdym krysztale można dostrzeć rysę… Ja moje rysy wycieram każdego dnia. Pluję na nie i trę, trę tak, aby nie było widać. Już są coraz mniej widoczne, już prawie ich nie widać. Ale jak wiadomo – PRAWIE robi różnicę.

Nie o to, nie o to, nie o to! Nie chcę się chełpić swoim „szczęśliwym” życiem. Każdy ma jakieś swoje zadry i każdy czasem ma łzy, które chce ukryć. No i ja właśnie je ukrywam. Złościom i żałościom mówię stanowcze NIE! Odsłaniam za to swoje jasne…pardon – blade jak cholera liczko i choć nie chce mi się bardzo – zabieram się za mycie podłóg!

środa, 12 czerwca 2013

Dokładnie dziś, jakieś 4 godziny temu, Kalafior skończył 4 miesiące. A za trzy dni Młoda kończy 6 lat. Uznałam zatem, że to dobry moment, by swoją pozytywną energię i swój chorobliwy wręcz optymizm, zacząć przelewać na wirtualny papier.

Jednak na początek, słów kilka, gwoli wyjaśnienia. Jestem Mamą nie wolną od złości, frustracji, bezsilności, braku konsekwencji, a białą flagę noszę ze sobą w torebce, jako absolutne must have, wraz z pękiem kluczy, portfelem, komórką i proszkami na bóle migrenowe. Ale nie znoszę hejterstwa i publicznego wylewania pomyj i pretensji do świata, do wszystkich i do wszystkiego. Do lekarza prowadzącego, że bagatelizuje moje obawy. Do położnej, która była niemiła i opryskliwa i kazała leżeć podczas porodu. Do męża/partnera, że nie pomaga w opiece nad Maluchem ?A PTRZECIEŻ OBIECAŁ, A PRZECIEŻ TAK SIĘ CIESZYŁ!?. Do własnej mamy, że wie lepiej ? wszakże ?WYCHOWAŁAM CIEBIE, WIĘC WIEM, JAK SIĘ WYCHOWUJE DZIECI?. I do szefa, że nie zareagował euforią na wieść o dwóch kreskach na domowym wykrywaczu ciąży. Itede, itepe?

I żeby nie było ? czasem i ja mam złe dni i  ręce zwisające do kostek? Ja też miałam po urodzeniu Kalafiora momenty ciężkie i hektolitry łez pod oczami. Ale chcąc usłyszeć czy znaleźć coś pozytywnego, docierały do mnie jedynie sygnały w stylu: ?To minie. To tylko hormony. Weź się w garść. Tak już teraz będzie.? Albo ? co gorsza ? licytacje rodzicielskie: ?JA TO DOPIERO CIĘŻKO MIAŁAM!!!? Aż zjawiła się moja przyjaciółka Koza i powiedziała dwa na pozór proste zdania. Ale zdania, które zadziałały jak zapłon. Dwa krótkie zdania: ?KIEDY MAM PRZYJECHAĆ? OGARNIEMY RAZEM TO CHOLERNE MACIERZYŃSTWO!?

Zatem ogarniam! Nie będzie wyżalania. Nie będzie licytacji na to, kto ma gorzej. Nie będzie pesymizmu i nie będzie smutku. Nawet jak będzie źle, to i tak będzie dobrze. Bo z uśmiechem łatwiej jest przejść przez życie a i w mordę lepiej komuś dać z bananem na facjacie! Każda chwila może być zaczątkiem czegoś mega ciekawego, pozytywnego. A więc ? na początek ? tak banalnie, że bardziej banalnie już być nie może! Mając w pamięci mój ukochany tekst: ?Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ? ciągle jeszcze ten świat jest piękny!? ? Monty Python na dobry początek!