RSS
czwartek, 11 lipca 2013

No to poleciał. Młody oczywiście. Poleciał tendencyjnie - z łóżka rodziców na podłogę. Czyli zaliczył coś, co przytrafia się chyba każdemu rodzicowi, niezależnie od temperamentu (dziecka i rodzica), warunków lokalowych czy doświadczenia rodzicielskiego. To jakby naturalny etap rozwoju. Konsekwencją leżenia na brzuszku jest unoszenie głowy i klatki na przedramionach. Konsekwencją unoszenia głowy jest przekręcanie się na plecy. Konsekwencją wkładania stóp do buzi jest obrót z plecków na brzuszek. A konsekwencją przewrotu jakiegokolwiek jest upadek. Taką mam teorię, bazującą na empirii.

Także z długiej listy przypadków, które po ludziach chodzą, pierwszy mogę odhaczyć. Jeśli Kalafior pójdzie w ślady swojej starszej siostry, to czeka mnie ciekawe i pełne emocji kilkanaście najbliższych lat.

Tym razem pilot z nami nie poleciał. Tym razem samolocik pofrunął sam. Na szczęście brzoza żadna mu na drodze nie stanęła...

czwartek, 04 lipca 2013

Independence Day... Coś w tym jest, bo dziś zostaję w jakiejś części wyzwolona. Wprawdzie na krótko, ale zawsze to coś... Tata bierze Młodą na 2-3 dni na przygodę - jadą sami pod namiot. To znaczy SAMI, w sensie beze mnie. Za to z jeszcze jednym tatą ze swoją córą w wieku Młodej. W planach mają wieczorne podchody, pieczenie kiełbasek w ognisku, kajaki, wędrówki po lesie, kąpiele w jeziorze o zachodzie słońca. No i oczywiście najlepsze - spanie w namiocie.

Ja za to mam równie przyjemne plany. Przede wszystkim przesympatyczne spotkanie z pewną kochaną neurotyczką, którą znam od lat dwudziestu z hakiem, a która to spodziewa się we wrześniu pierwszego potomka. Przejmuje się wszystkim, lubi wiedzieć wszystko i zawsze na 1000%, a przy tym ma nieograniczone poczucie humoru i - co najważniejsze - ma nierówno pod sufitem. To dzięki temu tak dobrze się dogadujemy;-) Każdą wolną chwilę przeznaczę na czytanie w basenie i kiwanie gołymi stopami na leżaku w ogrodzie. No i obejrzę w spokoju trzecią część Harrego Pottera w tv;-)

A swoją drogą - moje macierzyńskie ego zostaje ostatnimi czasu niezwykle dowartościowane. Tytułu Matki Roku pewnie nie zdobędę, ale cieszę się, że część znajomych mi Mam dzwoni do mnie i pisze z tematami różnymi, i że mogę im pomóc ogarnąć  - jak to ładnie nazwała Koza - to cholerne macierzyństwo. Czuję, że moja nie do końca zdrowa psyche i swego rodzaju matczyny "tumiwisizm" pomaga rozładować rodzicielsakie rozterki i załagodzić emocje. Zwłaszcza że nie są to moje jakieś wielkie odwieczne przyjaźnie, raczej ciekawe i wartościowe znajomości. I że większość z tych osób ma bliższe doświadczone matki wokół siebie. Dziękuję, że to właśnie mnie wybrały;-)