RSS
środa, 14 sierpnia 2013

Kilka miesięcy temu profesor Mikołejko opisał jakże prawdziwy obraz pewnego typu matek, które nagminnie można spotkać w piaskownicach. I choć daleka jestem od ocenianiania - przynajmniej publicznego - takich postaw, to naprawdę tego typu zachowanie (tak w odniesieniu do rodziców, jak i do każdego innego "typu" człowieka) woła o pomstę do nieba. I niestety takie "wózkowe" nie jest trudno dostrzeć na pierwszym lepszym krioku. A jednak plac zabaw, na który chadzam z młodzieżą przeczy temu i to jest właśnie ten fantastyczny wyjątek potwierdzający regułę. Spotykamy się zazwyczaj w dwie, czasem trzy mamy. Najmłodsze dzieci - ledwo co chodzące - biegają jak szaleńcy bez celu, byle tylko po piasku i byle tylko uciec przed próbującą go złapać matką; nieco strasze próbują zjeżdżać ze zjeżdżalni w jakikolwiek sposób, byle nie klasyczny, a te najstarsze (6-8 lat) trenują bujanie na tak zwanego stojaka i skakanie z huśtawki. Jeden zabierze grabki, drugi walnie łopatką w głowę, a jeszcze inny bawi się w Piotrusia Pana, sypiąc pozostałym na głowę Gwiezdny Magiczny Pył. Ale jest wesoło. Nikt sie nie wydziera, nikt na nikogo nie krzyczy, dzieci nie płaczą, a dorośli interweniują dopiero w momencie, gdy atmosfera między młodzieżą zaczyna gęstnieć - sytuacja idealna.

I na tymże właśnie placu zabaw poznałam Andżelikę. Andżelika ma 39 lat, ale wygląda na znaczniej mniej. Jest sąsiadką z sąsiedniej ulicy. Ma dwójkę dzieci - 8-letnią pannicę i rocznego kawalera. Zatem tematów do rodzicielskich rozmów mnóstwo - podobna różnica wieku miedzy potomstwem, wspólne problemy wychowawcze, nadopiekuncze babcie, kupy, zupy itede. I oczywiście - nie da się uniknąć tych jałowych (a jednak od czasu do czasu potrzebnych) rozmów. Ale z Andżeliką łączy mnie - jeśli tak mogę rzec - zamiłowanie do książek. Kiedy wymieniamy się swoimi doswiadczeniami bibliofila, to czas leci nieubłaganie. Z książkowych poleceń i wymienianych doświadczeń wyrywa nas najczęściej marudzenie zmęczonej dwugodzinnym pobytem na placu dzieciarni i naprawdę trudno nam się rozstać. Czekam każdego dnia na te kilkadziesiąt minut intelektualanej uczyty. Na to codzienne wyjście do piaskownicy czekam jak nastolatka, czekająca na spotkanie z nowym chłopakiem. To niesamowite, jak szybko łapie się kontakt z kimś, kto w czytaniu wyrabia średnią krajową w jeden tydzień;-) I jak wiele jest tematów do rozmów z kimś, kto przeczytał w życiu coś więcej niż instrukcję obsługi dvd...

Nie - nie znaczy to, że na plac zabaw przychodzimy z Antologią poezji młodoposlkiej pod pachą. Nasze rozmowy to nie pełne emocji dyskusje na temat odwiecznego dylematu "mieć czy być". Nie poszukujemy sensu życia z butami pełnymi piasku i z plecami zgiętymi od podtrzymywania małych tupoczących stópek. To raczej rodzaj fantastycznego intelektualnego turbodoładowania, które przenosi mnie w inny świat, choć na chwilę, i które ładuje moje baterię, gdy te pokazują czerwoną lampkę.

 

sobota, 10 sierpnia 2013

Wakacje płyną, zbliża się także nieubłaganie czas, kiedy to pożegnam domowe pielesze (choć może raczej pieluchy) i wrócę na pole walki. Dosłownie i w przeności. Nie ma letko. Trzeba wszystko zaplanować, odpowiednio wyszkolić ekipę, się ogarnąć i z bronią na ramieniu podjąć walkę w słusznej sprawie! Och, tak militarnie mi się pisze, ale sierpień to taki czas, kiedy zawsze, co roku, myślami jestem wśród powstańców warszawskich. Oczywiście mit uśmiechniętych młodzieńców,odważnych łączniczek i ślicznych sanitariuszek dominuje także i w mojej głowie, niemniej znam i mam pełną świadomość drugiej, zdecydowanie ciemnej strony powstania. Tak czy inaczej, uważam, że skorupkę trzeba za młodu nasiąkać słusznymi ideami męstwa i braterstwa. Dlatego też 1 sierpnia Młodą przebrałam w strój "z epoki", naładowałam głowę historią i wraz z Kalafiorem w wózku ruszyliśmy na Stare Miasto by w godzinie W oddać hołd Bohaterom.

Kalafior lada dzień skończy pół roku. Tak jak i starsze moje dziecię jest mocno rozwinięty, co przyznaję - czasem jest kłopotliwe. Mając np. 5,5 miesiąca zaczął sam się podnosić na dwóch dolnych kończynach i stawać przy meblach, co zdążyło już  skutkować różnymi upadkami - mniej lub bardziej groźnymi. Ma już także dwie dolne jedynki i swoją własną pierwszą szczotkę do zębów. A niedługo zaliczy pierwszą daleką podróż i swoje pierwsze prawdziwe wakacje do najpiękniejszego miasta, gdzie magia i historia mieszają się z teraźniejszością i gdzie nigdzie indziej człowiek nie jest tak uduchowiony... Kraków...