RSS
środa, 06 sierpnia 2014

Zastanawiam się, kiedy te moje dzieci tak urosły... Niby widzę je codziennie.... Niby jestem z nimi tak naprawdę, rozmawiam, przytulam, śpiewam, czytam, buduję z klocków, głaszczę i całuję na dobranoc...  Ale wciąż mnie zastanawia, jak to się dzieje, że pewnego dnia patrzę na NIĄ i widzę dużą, mądrą dziewczynkę, taką poważną. Że patrzę na NIEGO i widzę samodzielnego chłopca, który wkłada sobie kawałki arbuza nieporadnie posługując się zbyt dużym widelcem...

I zastanawiam się, jakie mam prawo ingerować w ich życie... Jest takie powiedzenie, że dziecko należy wychowywać do trzeciego roku życia, a potem - nie przeszkadzać. W myśl zasady: "Nie ucz drzewa jak ma rosnąć. Daj mu słońce, wodę, ziemię i powietrze. I tak samo postępuj z dzieckiem.  Daj mu warunki - inspiruj, pokazuj mu książki, baw się z nim. Postaw granice - ale tylko granice bezpieczeństwa."

Znajduję w sobie coraz więcej cech matki-kwoki. Tej matki, którą nigdy nie chciałam być. Tej matki, z której zawsze cichcem się podśmiewałam. Tej matki, która klaruje:

"Załóż czapkę."

"Umyj zęby."

"Zdejmij buty."

Staram się ją stłumić w zarodku.

Jeszcze wczoraj nie mogła zasnąć bez bajki, którą JEJ czytałam co wieczór, a teraz leżymy razem na kanapie - ona na brzuchu, z nogami fikającymi w pozie foczki, ja - ze zgarbionymi plecami i ugiętymi w kolanach nogami - i obie czytamy swoje lektury...

Jeszcze wczoraj tańczyłam z NIM na rękach walce, "szurając podwiniętą podeszwą", a dziś patrzę z uśmiechem i niedowierzaniem na małego Narcyza, który stoi przez dziewczęcą różową toaletką, przegląda się w lusterku. A kiedy rzeczona toaletka zaczyna grać melodyjkę, mały Narcyz zaczyna kręcić się dookoła siebie, niczym mała balerina...Albo nagle kładzie się na dywanie i jeżdżąc resorówką powtarza milion razy "ijo ijo ijo"...

I patrzę tak na nich, najczęściej z ukrycia... Staram się nie mówić im, jak mają rosnąć... Niech wyciągają gałęzie jak najwyżej, jak najdalej...