RSS
czwartek, 10 października 2013

Od dwóch tygodni żyję na jakimś „stend baju”. Czekam tylko aż mi się  bezpieczniki przegrzeją i będzie jedno wielkie pstryk-bum-łup-trach-bach-tratatatata. Budzę się rano, zwlekam się z łóżka, by ukochać Kalafiora, zdjąć zlaną do granic wytrzymałości pieluchę, robię kawę, piję kawę, myję się w pośpiechu, nakładam podkład, ubieram się do połowy, będąc w drugiej połowie w piżamie, robię kanapki, karmię piersią, ubieram Dziecię, maluję jedno oko, lecę do Młodego, który marudzi w kojcu, zakładam drugą połowę garderoby, maluję drugie oko, budzę Młodą, układam włosy, szukam smoczka, by na chwilę zapchać Kalafiorową słodką buzię, szukam swojego drugiego buta, ubieram polarkowego misia, swój płaszcz, rozbieram swój płaszcz i polarkowego misia i przebieram Małego, bo kupa właśnie teraz postanowiła wyjść na zewnątrz i nie uśmiecha mi się jazda z brązową zawartością pieluszki, wsiadam do samochodu, pędzę oddać przychówek do różnych placówek opiekuńczo-wychowawczych (przedszkole, dom dziadków), potem pracuję na etacie (tym zawodowym), wracam z siatą pełną zakupów na jednym ramieniu i z niemowlęciem na drugim, za mną człapie drugie Dziecię, zabawy, turlanie się po podłodze, kolacje, zimny kotlet chwycony w biegu pomiędzy dekorowaniem kanapek dla Młodej a przygotowaniem kaszki typu instant dla Młodego, kąpiele jednego, drugiego, usypianie, całowanie. Padam na twarz. Zanim padnę zupełnie trzeba jeszcze uszykować ubrania na jutro, zdjąć jedno pranie, rozwiesić drugie, zmyć makijaż, którego i tak już nie widać spod podsinionych ze zmęczenia oczu i jeszcze przytulić najstarsze dziecko, dorosłego misia, który też potrzebuje – jak i te młodsze – przytulenia i ucałowania.

Sen. Towar wielce deficytowy. Dobro szczególnego pożądania. Dobro luksusowe ostatnimi czasy…

środa, 02 października 2013

Ledwo wróciłam do pracy, a już domownicy zdążyli otworzyć sezon na choróbska. Młoda z gorączką od kilku dni, Kalafior marudny i budzący się po kilka razy w nocy, Mąż kaszlący niczym sztygar po dziesięciu latach pracy w kopalni i tylko JA - matka - ostałam się przy zdrowiu.  Nieprzespane kolejne trzy noce z rzędu, połączone z pracą zawodową,  "codziennym" ogarnianiem domu, rozwożeniem dzieci po przechowalniach, bieganiem po lekarzach i aptekach oraz aplikowaniem przepisanych medykamentów, pozwalają mi przypuszczać, że ja nie z gliny, ani nie z żebra Adama, ani nawet nie od małpy pochodzę, a jestem zrobiona z odpadów poradzieckiego przemysłu zbrojeniowego. Być może byłam kiedyś częścią czołgu, który w w 1989 roku wrócił z podkulonym ogonem (a raczej z wygiętą lufą) z Afganistanu... Generalnie niezniszczalna, niezatapialna i nie do zdarcia a jestem w stanie polec jedynie w starciu ze skomasowanymi siłami zamaskowanego wroga pod nazwą Streptococcus pneumoniae x 3. To tyle z konotacji wojennych. Love! Peace!

Tymczasem, jako cyborg, latam z jęzorem wywieszonym do samej podeszwy, a hasło "siedzę w domu z dziećmi" (tak, bo po pracy "siedzę w domu z dziećmi") nabiera dla mnie zgoła innego znaczenia, gdyż słowo "siedzieć" jest w tym wypadku mocnym nadużyciem. Ot, usiadłam sobie wczoraj o godzinie 22:30, po uprzednim złożeniu jednego prania, rozwieszeniu drugiego, uśpieniu dzieci w swoich łóżkach, zapakowaniu zmywarki, przygotowaniu ciuchów dla siebie i dla dzieci, ugotowaniu obiadu na kolejne dni i przygotowaniu śniadania do pracy na dziś. Usiadłam w łóżku ze "Sztukmistrzem z Lublina" i przeczytawszy całe 4 strony, nakryłam twarz piernatem, oddając się objęciom Morfeusza. Co nie umniejsza faktu, że jestem przeszczęśliwa, mając i dom, i rodzinę, i ciekawą pracę i dobę trwającą 24 godziny.

 

13:04, countrygirl
Link Komentarze (1) »