RSS
piątek, 13 grudnia 2013

Dziś nie będzie z przekąsem, ironią, ani z sarkastycznym poczuciem humoru. Dziś będzie słodkopierdząco i landrynkowo. Zatem jeśli ktoś nie lubi takiego stylu, niechaj dziś opuści ten lokal. Dziekuję, Wychodzimy.

Święta Bożego Narodzenia są wyjątkowym czasem. Magicznym okresem wyczekiwania, drżenia serca w niepewności i napięciu. Czasem, kiedy myślimy ciepło o bliższych i dalszych, choć za oknem mróz i śnieg trzaska pod kozakami. To czas, kiedy wypatrując pierwszej gwiazdki myślimy o naszych pragnieniach, robimy szybkie resumee przed samym sobą, by upewnić się, że byliśmy grzeczni i że z pewnością nie zasłużyliśmy na rózgę od Grubasa w czerwonej czapie i z długą białą brodą... Bo święta to czas, kiedy nasze marzenia się spełniają.

To także czas, kiedy jakoś łatwiej nam przychodzi pomoc innym. Ładując na supermarketowy kosz worek z trzema karpiami, dwoma kilogramami kiszonej kapusty, wiadrem majasów, skrzynką mandarynek i kartonem czekoladowych mikołajów - czemuż by nie dorzucić zgrzewki mąki i ryżu, by te zaraz za kasą przełożyć do stojącego za kasami kosza z Caritasu? Organizujemy Szlachetne Paczki lub chociażby dokładamy się do nich. Kupujemy kartki świąteczne malowane ustami czy nogami czy w końcu przepłacamy trzykrotnie za opłatki, wciskane nam przez hipermarketowe Aniołki. Ot, wszystko z dobrego serca. I nie jest ważne, że to takie nasze zagłuszanie własnego sumienia, poczucia winy, że na co dzień nie mamy czasu aby pomóc komuś indywidualnie. Nie ma znaczenia fakt, że to tylko efekt tłumu i sztucznie wywołanego poczucia solidarności, bo w święta nikt nie powinien być sam i nawet Kevin ostatecznie nie spędzał świat sam ani w domu, ani w Nowym Jorku...W tym jednym przypadku pobudki nie są ważne, liczy się efekt końcowy.

A teraz przechodzę do meritum. Tak, wierzę głęboko w dwie banalne sprawy. Po pierwsze - że marzenia się spełniają. I po drugie - że cudownie jest robić coś dobrego dla innych całkowicie bezinteresownie i czuć się przez to dobrym (czy choćby tylko odrobinę lepszym) człowiekiem. Polecam zrobić coś miłego drugiej osobie, kompletnie nieznanej - to naprawdę fajne uczucie, kiedy uśmiechasz się na ulicy do nieznajomego, a on patrzy na ciebie jak na wariata, któremu nie wiadomo o co chodzi. Jakiś czas temu zostałam poproszona o wzięcie udziału w ciekawym projekcie. O napisanie krótkiego felietonu na temat... dowolny, łączący się z macierzyństwem. O napisanie kilku zdań na temat swoich radości i smutków, które wpisane są w bycie mamą. O czym chcę. Zatem napisałam o dość specyficznej relacji i wymianie ognia na linii JA MATKA - BABCIA. Bo babcie kochają swoje wnuki bezgranicznie, prawda, ale dlaczego słowo "KOCHAĆ" znaczy dla nich coś zupełnie innego niż dla rodzica? Trzecia edycja książki "Macierzyństwo bez lukru" TU właśnie ukazała się na rynku i mam ogromną przyjemność polecić ją Wam nie dlatego, że tam i ja jestem, ale przede wszystkim dlatego, że cały dochód z tej książki idzie na rehabilitację małego Mikołaja. Każdy zakup to wymierna pomoc dla niego. Zatem zachęcam - zwłaszcza teraz, przed świętami - do zakupu TU, do pomocy, do czytania... Do przekazania małej gwiazdki prosto z Waszych serc...

Tym, którzy mimo wszystko zdecydowali się dziś zostać i przeczytać ten słitaśny post - dziękuję. Dziękuję w imieniu swoim i Mikołaja, dla którego to wszystko...To dzięki Wam to wszystko ma sens...

 PS. Na obu blogach dziś to samo, ale...taki czas, taka sprawa, taka sytuacja...

 

czwartek, 28 listopada 2013

Niania w osobie mojego Taty, wraz z Mamą wyjechała na krótkie wakacje. Trzeba było zatem zorganizować zastępczą placówkę opiekuńczo-wychowawczą
dla najmłodszego członka naszej rodziny. Młody spędza więc część dni z Tatą, część dni z Babcią nr 2 no i część  ze mną. A zatem jestem w domu. Dwa dni z moim Kalafiorkiem, z telefonem służbowym i komputerem, czyli home-office. Albo „coś a’la w podobie”. Bardziej „w podobie”, ale niech będzie.

Zimno mnie natchnęła tu . Ja też dziś w pokaźnym rozkroku, bynajmniej nie na „stanisławęryster”, bo w leginsach. Bo na luzie. Bo o ile jeszcze w dżinsy czasem do roboty się wsunę, o tyle w rajtach typu getry jeszcze mnie nie widziano publicznie. No, ale z drugiej strony – dziś czas dzielę pomiędzy pracę zawodową a Syna, zatem słowa „SIEDZĘ W DOMU Z DZIECKIEM” są daleko na wyrost i grubo przesadzone i w ogóle. Dwa dni w nieformalnym anturażu, bez elewacji frontowej na twarzy, z komputer na kolanach, Młody w kojcu bawi się w Teatrzyk Zielona Gęś, a ja bez pośpiechu wychylam kolejną filiżankę latte z moim ostatnim cudownym odkryciem – syropem piernikowym. Jest mi dobrze. Czuję się dziś jakbym wygrała szóstkę w totka. Cieszę się każdą wspólną chwilą jak głupia, każdym uśmiechem, każdym całuśnym "mama", każdym "eee" i "oooo", każdym pierdnięciemi i każdym kichnięciem z buzi pełnej tartej marchewki. Upajam się póki czas, bo wiem, że w niedzielę po południu będę się modlić, by ów czas przyspieszył i żeby był już poniedziałek godz. 7:20! Bo wszystkie ręki i nogi mi opadną.

Póki co – pląsamy od rana nieporadnie – On i ja – wszystkie walce tego świata – od Kilara po Szostakiewicza, od Czajkowskiego po Straussa… A jako że kończący się rok jest Rokiem Tuwima, nie może być inaczej – creme de la creme naszych dzisiejszych wygłupów -  „Grande Valse Brillante”!

13:50, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 listopada 2013

Scarlet O'Hara od zawsze moją idolką była. I to nie tylko dlatego, że była piękna i piekielnie inteligentna. Nie dlatego nawet, że była mistrzynią ciętej riposty, zawzięta, bezczelna i pełna determinacji. Nade wszystko dlatego, że była prymuską w mojej ulubionej grze pt. "Pomyślę o tym jutro". To bardzo dobre rozwiązanie wielu podbramkowych sytuacji, a będąc matką - okazuje się być rozwiązaniem także bardzo pragmatycznym. Dla własnego zdrowia psychicznego. I dla bezpieczeństwa innych współdomowników. O zasadach gry, w której jestem równie dobra - "Jakoś to będzie" pisze tutaj moja Siostrzana Zwariowana Dusza - Nowelia. Matka Polka Nowelia, póki co - pięknie się zdynstansowała do świata, do ludzi a nade wszystko do siebie i do swoich neuroz. I chwała jej za to!

Od czasu, kiedy jestem matką bis fascynują mnie również zasady gry "Wszystko mam w dupie". Zauważyłam także, że wraz z wiekiem i macierzyńskim stażem odzywa się we mnie coraz głośniej niepokorna punkowa natura i narasta u mnie poziom buntu oraz ilość tzw. odjechanych pomysłów. Różowe rurki? Why not? Oversizowa koszulka - YES! Totalnie nowa fryzura a'la Pink - me like! Ba! Nawet na własne potrzeby uknułam sobie teorię: Dlaczego kobiecie, która zostaje matką po raz drugi, trzeci, etc. trudniej jest wbić się w ciuchy sprzed ciąży? Bo ma więcej rzeczy w dupie. No a wiadomo, prawo Murphy'ego działa i w tym przypadku. Nie idzie w cycki, tylko w tyłek. Dziecko czworakuje po całym domu w samych galotach? Je z psem z jednej miski? Bawi się z kotem? Wcina Fride? Smoczek zleciał na podłogę? Kto by sterylizowł butelki? Biszkopty skleiły włosy? Jedna rękawiczka na plecach, a druga przy kolanie? Życie...

Polubiłam fakt, że takich "wszystkomamwdupnych" sytuacji jest ostatnio w moim życiu sporo. Lubię mieć ten komfort, że wiele spraw po prostu spływa po mnie jak po kaczce. I recytuję za Tuwimem - o którym wspominałam kiedyś na Countrygirl tutaj:

Uczone małpy, ścisłowiedy
Co oglądacie świat przez lupę
I wszystko wiecie: co, jak, kiedy,
Całujcie mnie wszyscy w dupę!

 

15:04, countrygirl
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 października 2013

Od dwóch tygodni żyję na jakimś „stend baju”. Czekam tylko aż mi się  bezpieczniki przegrzeją i będzie jedno wielkie pstryk-bum-łup-trach-bach-tratatatata. Budzę się rano, zwlekam się z łóżka, by ukochać Kalafiora, zdjąć zlaną do granic wytrzymałości pieluchę, robię kawę, piję kawę, myję się w pośpiechu, nakładam podkład, ubieram się do połowy, będąc w drugiej połowie w piżamie, robię kanapki, karmię piersią, ubieram Dziecię, maluję jedno oko, lecę do Młodego, który marudzi w kojcu, zakładam drugą połowę garderoby, maluję drugie oko, budzę Młodą, układam włosy, szukam smoczka, by na chwilę zapchać Kalafiorową słodką buzię, szukam swojego drugiego buta, ubieram polarkowego misia, swój płaszcz, rozbieram swój płaszcz i polarkowego misia i przebieram Małego, bo kupa właśnie teraz postanowiła wyjść na zewnątrz i nie uśmiecha mi się jazda z brązową zawartością pieluszki, wsiadam do samochodu, pędzę oddać przychówek do różnych placówek opiekuńczo-wychowawczych (przedszkole, dom dziadków), potem pracuję na etacie (tym zawodowym), wracam z siatą pełną zakupów na jednym ramieniu i z niemowlęciem na drugim, za mną człapie drugie Dziecię, zabawy, turlanie się po podłodze, kolacje, zimny kotlet chwycony w biegu pomiędzy dekorowaniem kanapek dla Młodej a przygotowaniem kaszki typu instant dla Młodego, kąpiele jednego, drugiego, usypianie, całowanie. Padam na twarz. Zanim padnę zupełnie trzeba jeszcze uszykować ubrania na jutro, zdjąć jedno pranie, rozwiesić drugie, zmyć makijaż, którego i tak już nie widać spod podsinionych ze zmęczenia oczu i jeszcze przytulić najstarsze dziecko, dorosłego misia, który też potrzebuje – jak i te młodsze – przytulenia i ucałowania.

Sen. Towar wielce deficytowy. Dobro szczególnego pożądania. Dobro luksusowe ostatnimi czasy…

środa, 02 października 2013

Ledwo wróciłam do pracy, a już domownicy zdążyli otworzyć sezon na choróbska. Młoda z gorączką od kilku dni, Kalafior marudny i budzący się po kilka razy w nocy, Mąż kaszlący niczym sztygar po dziesięciu latach pracy w kopalni i tylko JA - matka - ostałam się przy zdrowiu.  Nieprzespane kolejne trzy noce z rzędu, połączone z pracą zawodową,  "codziennym" ogarnianiem domu, rozwożeniem dzieci po przechowalniach, bieganiem po lekarzach i aptekach oraz aplikowaniem przepisanych medykamentów, pozwalają mi przypuszczać, że ja nie z gliny, ani nie z żebra Adama, ani nawet nie od małpy pochodzę, a jestem zrobiona z odpadów poradzieckiego przemysłu zbrojeniowego. Być może byłam kiedyś częścią czołgu, który w w 1989 roku wrócił z podkulonym ogonem (a raczej z wygiętą lufą) z Afganistanu... Generalnie niezniszczalna, niezatapialna i nie do zdarcia a jestem w stanie polec jedynie w starciu ze skomasowanymi siłami zamaskowanego wroga pod nazwą Streptococcus pneumoniae x 3. To tyle z konotacji wojennych. Love! Peace!

Tymczasem, jako cyborg, latam z jęzorem wywieszonym do samej podeszwy, a hasło "siedzę w domu z dziećmi" (tak, bo po pracy "siedzę w domu z dziećmi") nabiera dla mnie zgoła innego znaczenia, gdyż słowo "siedzieć" jest w tym wypadku mocnym nadużyciem. Ot, usiadłam sobie wczoraj o godzinie 22:30, po uprzednim złożeniu jednego prania, rozwieszeniu drugiego, uśpieniu dzieci w swoich łóżkach, zapakowaniu zmywarki, przygotowaniu ciuchów dla siebie i dla dzieci, ugotowaniu obiadu na kolejne dni i przygotowaniu śniadania do pracy na dziś. Usiadłam w łóżku ze "Sztukmistrzem z Lublina" i przeczytawszy całe 4 strony, nakryłam twarz piernatem, oddając się objęciom Morfeusza. Co nie umniejsza faktu, że jestem przeszczęśliwa, mając i dom, i rodzinę, i ciekawą pracę i dobę trwającą 24 godziny.

 

13:04, countrygirl
Link Komentarze (1) »
czwartek, 12 września 2013

Od powrotu z Krakowa już minął jakiś czas, a ja nie mogę się zebrać, by siąść do komputera na dłużej. Roboty tyle, że nie wiem, w co ręce włożyć. No ale w końcu „siedzę w domu z dzieckiem”.  Dotychczas z dwójką dzieci, a szczęśliwie od 1 września – z jedną sztuką.

Zawsze fascynował mnie fenomen matek wychowujących samotnie swoje potomstwo. Ostatnio jestem dla nich pełna podziwu, zwłaszcza dla tych, które mają więcej niż jedną pociechę do „obrobienia”. Nie wyobrażam sobie borykania się z tak zwaną codziennością i prozą życia w pojedynkę.  Dwa miesiące wakacji z dwójką małolatów trochę mnie jednak wypompowała, zatem z nieukrywaną ulgą przyjęłam początek kolejnego roku (przed)szkolnego. I choć Mąż ma raczej nikłe szanse, by stanąć w Sevres pod Paryżem jako wzorcowy ojciec XXI-go wieku, to i tak w sytuacjach awaryjnych – on jest. Po prostu JEST. I to wystarczy. Tym bardziej przekazuję SZACUN wielki dla pojedynczych rodziców! Ja bym nie dała rady. Z drugiej strony – tyle o nas wiemy, ile nas sprawdzono….

Oooo, powiało filozofią! A zatem pozostańmy w tym klimacie. Nowelia Opowiadarka urodziła. Cieszę się razem z nią, bo – podobnie jak i mi – jej także końcówka ciąży dłużyła się niemiłosiernie. Stanisław przyszedł na świat dużym, zdrowy i silny. Rodzicom gratuluję dzieła, a Młodemu Stasiowi… No właśnie… Takie mnie ostatnio rozważania naszły. Tak wielu rodziców wypomina singlom czy też osobom świadomie decydującym się na bezdzietność egoizm. Ale czy takim samym egoizmem (a czy nie większym?) jest chęć posiadania tego potomstwa i wydawania go na świat? No bo tak – chcemy mieć dziecko i je rodzimy. OK, dajemy mu miłość, przekazujemy swoje wartości, mądrość. Ale przecież tak naprawdę nie jesteśmy w stanie dać mu szczęścia. Mało tego – kiedy nas zabraknie Ono zazwyczaj cierpi. Jeśli jest wrażliwe – cierpi z powodu ot choćby nietolerancji, niesprawiedliwości, brutalności otaczającego świata. Wrzucamy Je prędzej czy później na głęboką wodę. Jeśli coś idzie nie tak – też cierpi.

Tak czy inaczej – prawie każdy z nas jest w jakimś stopniu egoistą. Zdecydowana większość z nas żyje tak naprawdę dla siebie. Jednak… trochę zazdroszczę Nowelii… Niewiele jest w życiu tak pięknyc h chwil jak trzymanie na rękach Nowego Człowieka, pachnącego i takiego ciepłego… Ono nas kocha miłością bezwarunkową… teraz na pewno. 

środa, 14 sierpnia 2013

Kilka miesięcy temu profesor Mikołejko opisał jakże prawdziwy obraz pewnego typu matek, które nagminnie można spotkać w piaskownicach. I choć daleka jestem od ocenianiania - przynajmniej publicznego - takich postaw, to naprawdę tego typu zachowanie (tak w odniesieniu do rodziców, jak i do każdego innego "typu" człowieka) woła o pomstę do nieba. I niestety takie "wózkowe" nie jest trudno dostrzeć na pierwszym lepszym krioku. A jednak plac zabaw, na który chadzam z młodzieżą przeczy temu i to jest właśnie ten fantastyczny wyjątek potwierdzający regułę. Spotykamy się zazwyczaj w dwie, czasem trzy mamy. Najmłodsze dzieci - ledwo co chodzące - biegają jak szaleńcy bez celu, byle tylko po piasku i byle tylko uciec przed próbującą go złapać matką; nieco strasze próbują zjeżdżać ze zjeżdżalni w jakikolwiek sposób, byle nie klasyczny, a te najstarsze (6-8 lat) trenują bujanie na tak zwanego stojaka i skakanie z huśtawki. Jeden zabierze grabki, drugi walnie łopatką w głowę, a jeszcze inny bawi się w Piotrusia Pana, sypiąc pozostałym na głowę Gwiezdny Magiczny Pył. Ale jest wesoło. Nikt sie nie wydziera, nikt na nikogo nie krzyczy, dzieci nie płaczą, a dorośli interweniują dopiero w momencie, gdy atmosfera między młodzieżą zaczyna gęstnieć - sytuacja idealna.

I na tymże właśnie placu zabaw poznałam Andżelikę. Andżelika ma 39 lat, ale wygląda na znaczniej mniej. Jest sąsiadką z sąsiedniej ulicy. Ma dwójkę dzieci - 8-letnią pannicę i rocznego kawalera. Zatem tematów do rodzicielskich rozmów mnóstwo - podobna różnica wieku miedzy potomstwem, wspólne problemy wychowawcze, nadopiekuncze babcie, kupy, zupy itede. I oczywiście - nie da się uniknąć tych jałowych (a jednak od czasu do czasu potrzebnych) rozmów. Ale z Andżeliką łączy mnie - jeśli tak mogę rzec - zamiłowanie do książek. Kiedy wymieniamy się swoimi doswiadczeniami bibliofila, to czas leci nieubłaganie. Z książkowych poleceń i wymienianych doświadczeń wyrywa nas najczęściej marudzenie zmęczonej dwugodzinnym pobytem na placu dzieciarni i naprawdę trudno nam się rozstać. Czekam każdego dnia na te kilkadziesiąt minut intelektualanej uczyty. Na to codzienne wyjście do piaskownicy czekam jak nastolatka, czekająca na spotkanie z nowym chłopakiem. To niesamowite, jak szybko łapie się kontakt z kimś, kto w czytaniu wyrabia średnią krajową w jeden tydzień;-) I jak wiele jest tematów do rozmów z kimś, kto przeczytał w życiu coś więcej niż instrukcję obsługi dvd...

Nie - nie znaczy to, że na plac zabaw przychodzimy z Antologią poezji młodoposlkiej pod pachą. Nasze rozmowy to nie pełne emocji dyskusje na temat odwiecznego dylematu "mieć czy być". Nie poszukujemy sensu życia z butami pełnymi piasku i z plecami zgiętymi od podtrzymywania małych tupoczących stópek. To raczej rodzaj fantastycznego intelektualnego turbodoładowania, które przenosi mnie w inny świat, choć na chwilę, i które ładuje moje baterię, gdy te pokazują czerwoną lampkę.

 

sobota, 10 sierpnia 2013

Wakacje płyną, zbliża się także nieubłaganie czas, kiedy to pożegnam domowe pielesze (choć może raczej pieluchy) i wrócę na pole walki. Dosłownie i w przeności. Nie ma letko. Trzeba wszystko zaplanować, odpowiednio wyszkolić ekipę, się ogarnąć i z bronią na ramieniu podjąć walkę w słusznej sprawie! Och, tak militarnie mi się pisze, ale sierpień to taki czas, kiedy zawsze, co roku, myślami jestem wśród powstańców warszawskich. Oczywiście mit uśmiechniętych młodzieńców,odważnych łączniczek i ślicznych sanitariuszek dominuje także i w mojej głowie, niemniej znam i mam pełną świadomość drugiej, zdecydowanie ciemnej strony powstania. Tak czy inaczej, uważam, że skorupkę trzeba za młodu nasiąkać słusznymi ideami męstwa i braterstwa. Dlatego też 1 sierpnia Młodą przebrałam w strój "z epoki", naładowałam głowę historią i wraz z Kalafiorem w wózku ruszyliśmy na Stare Miasto by w godzinie W oddać hołd Bohaterom.

Kalafior lada dzień skończy pół roku. Tak jak i starsze moje dziecię jest mocno rozwinięty, co przyznaję - czasem jest kłopotliwe. Mając np. 5,5 miesiąca zaczął sam się podnosić na dwóch dolnych kończynach i stawać przy meblach, co zdążyło już  skutkować różnymi upadkami - mniej lub bardziej groźnymi. Ma już także dwie dolne jedynki i swoją własną pierwszą szczotkę do zębów. A niedługo zaliczy pierwszą daleką podróż i swoje pierwsze prawdziwe wakacje do najpiękniejszego miasta, gdzie magia i historia mieszają się z teraźniejszością i gdzie nigdzie indziej człowiek nie jest tak uduchowiony... Kraków...

czwartek, 11 lipca 2013

No to poleciał. Młody oczywiście. Poleciał tendencyjnie - z łóżka rodziców na podłogę. Czyli zaliczył coś, co przytrafia się chyba każdemu rodzicowi, niezależnie od temperamentu (dziecka i rodzica), warunków lokalowych czy doświadczenia rodzicielskiego. To jakby naturalny etap rozwoju. Konsekwencją leżenia na brzuszku jest unoszenie głowy i klatki na przedramionach. Konsekwencją unoszenia głowy jest przekręcanie się na plecy. Konsekwencją wkładania stóp do buzi jest obrót z plecków na brzuszek. A konsekwencją przewrotu jakiegokolwiek jest upadek. Taką mam teorię, bazującą na empirii.

Także z długiej listy przypadków, które po ludziach chodzą, pierwszy mogę odhaczyć. Jeśli Kalafior pójdzie w ślady swojej starszej siostry, to czeka mnie ciekawe i pełne emocji kilkanaście najbliższych lat.

Tym razem pilot z nami nie poleciał. Tym razem samolocik pofrunął sam. Na szczęście brzoza żadna mu na drodze nie stanęła...

czwartek, 04 lipca 2013

Independence Day... Coś w tym jest, bo dziś zostaję w jakiejś części wyzwolona. Wprawdzie na krótko, ale zawsze to coś... Tata bierze Młodą na 2-3 dni na przygodę - jadą sami pod namiot. To znaczy SAMI, w sensie beze mnie. Za to z jeszcze jednym tatą ze swoją córą w wieku Młodej. W planach mają wieczorne podchody, pieczenie kiełbasek w ognisku, kajaki, wędrówki po lesie, kąpiele w jeziorze o zachodzie słońca. No i oczywiście najlepsze - spanie w namiocie.

Ja za to mam równie przyjemne plany. Przede wszystkim przesympatyczne spotkanie z pewną kochaną neurotyczką, którą znam od lat dwudziestu z hakiem, a która to spodziewa się we wrześniu pierwszego potomka. Przejmuje się wszystkim, lubi wiedzieć wszystko i zawsze na 1000%, a przy tym ma nieograniczone poczucie humoru i - co najważniejsze - ma nierówno pod sufitem. To dzięki temu tak dobrze się dogadujemy;-) Każdą wolną chwilę przeznaczę na czytanie w basenie i kiwanie gołymi stopami na leżaku w ogrodzie. No i obejrzę w spokoju trzecią część Harrego Pottera w tv;-)

A swoją drogą - moje macierzyńskie ego zostaje ostatnimi czasu niezwykle dowartościowane. Tytułu Matki Roku pewnie nie zdobędę, ale cieszę się, że część znajomych mi Mam dzwoni do mnie i pisze z tematami różnymi, i że mogę im pomóc ogarnąć  - jak to ładnie nazwała Koza - to cholerne macierzyństwo. Czuję, że moja nie do końca zdrowa psyche i swego rodzaju matczyny "tumiwisizm" pomaga rozładować rodzicielsakie rozterki i załagodzić emocje. Zwłaszcza że nie są to moje jakieś wielkie odwieczne przyjaźnie, raczej ciekawe i wartościowe znajomości. I że większość z tych osób ma bliższe doświadczone matki wokół siebie. Dziękuję, że to właśnie mnie wybrały;-)